Moje ultra bieganie

sobota, 2 lipca 2016

Jeśli nie marzymy jesteśmy martwi, NIEWIDZIALNE GRANICE Kiliana...

Zdjęcie ze strony http://www.wsqn.pl/ksiazki/kilian
-jornet-niewidzialne-granice/
Jakiś czas temu dostałem nową książkę Kiliana Jorneta „Niewidzialne granice” która została wydana przez wydawnictwo SQN. Wydaje mi się, że Kiliana nie trzeba przedstawiać. Jeżeli ktoś go jeszcze nie zna, to wystarczy wpisać jego imię w wyszukiwarkę, żeby znaleźć informację o żywej legendzie biegania górskiego oraz skialpinizmu.
Muszę powiedzieć, że opowieść Kiliana podziałała na mnie  od razu niezmiernie inspirująco i motywująco. Była jak katalizator. Pozwoliła przywrócić motywację do biegania i treningu, która osłabła trochę po ostatnim Rzeźniku Ultra.

Fabuła książki opowiada historię wyprawy wysokogórskiej Kiliana w Himalaje. Wyprawy, która stała się próbą odnalezienie sensu i poradzenia sobie po śmierci swojego idola oraz przyjaciela Stephane Brosse, wybitnego ski alpinisty. Przyjaciela, który zginął podczas próby trawersowania Masywu Mont Blanc w 2012 roku, w której uczestniczył między innymi właśnie Kilian. Z czteroosobowej wyprawy nie wrócił tylko Stephane.


O czym jest ta książka? O czym są „Niewidzialne granice”?


Jedno jest pewne, nie jest to książka o bieganiu. Jest to książka mistyczna, a historia którą opowiada Kilian łączy w sobie zarówno prawdziwe wydarzenia, oraz takie, które są wyimaginowane. Pomimo to historia jest naprawdę pasjonująca i motywująca. Można powiedzieć, że „Niewidzialne granice” pojawiają się pierwszy raz w samej koncepcji i formie, gdyż granice pomiędzy fikcją i rzeczywistości w tej książce są zupełnie niewidzialne.
„Historia, którą opowiadam, łączy fikcję i rzeczywistość. Pierwsza część, a konkretnie dwa pierwsze rozdziały, oparta jest na prawdziwych wydarzeniach. Opis wyprawy w Himalaje natomiast został zainspirowany moimi przeżyciami z zimy 2013 roku, kiedy wraz z dwoma kolegami (Jordim Tosasem i Jordim Corominasem) wyruszyłem w góry Nepalu. Postaci , ich historie oraz osoba, która jest adresatem tej książki, o owoce mojej wyobraźni.” - Kilian Jornet "Niewidzialne Granice", Wydawnictwo SQN, Kraków 2016 (wyd. 1)
Apoteoza życia i wolności, tak w jednym zdaniu mógłbym scharakteryzować jego opowieść. Życia, które stwarza nam możliwość bycia szczęśliwymi i wolnymi, podczas gdy większość z nas nawet tego nie próbuje zrozumieć i wykorzystać.
„Życie jest czymś, co się czuje. Życie jest instynktem, który podpowiada ci, żebyś studiował sztuki piękne, chociaż najlepsze oceny masz z przedmiotów skłaniających cię do studiowania prawa albo medycyny; instynktem, który podpowiada ci, żebyś odszedł z kancelarii prawnej, gdzie masz dobrą stałą pensję i wyjechał, by zbudować wiejski dom w Pallars; instynktem, który podpowiada ci, żebyś zakochał się w tamtej dziewczynie, choć wiesz, że przysporzy ci to tylko zmartwień; instynktem, który podpowiada ci, żebyś niczym pocisk wybiegł z pracy, aby zobaczyć zachód słońca. To jest Życie, to uczucie, ta niekontrolowana irracjonalność, która mówi mi, żebym wspinał się tam, wysoko, abym mógł być szczęśliwy, żebym zostawił za sobą bezpieczeństwo, by być tym, kim jestem, bym pewnego dnia mógł powiedzieć moim dzieciom, że żyłem, ponieważ marzyłem o szaleństwach i za nimi podążałem.” - - Kilian Jornet "Niewidzialne Granice", Wydawnictwo SQN, Kraków 2016 (wyd. 1) 
          Książka i jej treść jest uniwersalna, gdyż życie jest niesamowitą wartością. Morzem możliwości, które możesz zacząć przemierzać lub tylko stać na plaży patrząc w zachodzące słońce na horyzoncie. Trzeba umieć dostrzegać możliwości oraz to co jest najważniejsze. Dość wymowne jest jedno z pytań Kiliana, które stawia na początku: 
„Co robić, jeśli w wieku dwudziestu pięciu lat osiągnąłem już to, co chciałem osiągnąć w całym swoim życiu? Kiedy skończył się etap, o którym myślałem, że będzie trwał piętnaście czy dwadzieścia lat dłużej?" - - Kilian Jornet "Niewidzialne Granice", Wydawnictwo SQN, Kraków 2016 (wyd. 1) 

Odpowiedź można znaleźć po przeczytaniu...

niedziela, 8 maja 2016

BIEG RZEŹNIKA ULTRA 2016 - czyli rewanż po roku

Już tylko 13 dni do ponownego startu w Biegu Rzeźnika Ultra.

Zdjęcie ze strony http://www.biegrzeznika.pl
To już mój 2 start w tym młodszym, acz bardziej wymagającym bracie kultowego Biegu Rzeźnika. Bieg Rzeźnika jest o połowę krótszy oraz biega się go w parach. Bieg Rzeźnika Ultra jest sporym wyzwaniem. W zeszłym roku ukończyło go tylko 15 osób co świadczy o sporym poziomie trudności.
Dla ciekawych, moja relacja z zeszłorocznej edycji znajduje się tutaj -> relacja.

Pomimo kontuzji i braku treningu w lutym oraz powrotu do trenowania dopiero w drugiej połowie marca, staję do zadania. Wyobrażam sobie to rozegrać jak Rocky w 15 rundzie wygranego pojedynku z Apollo.

To czego Bieszczady nauczyły mnie w zeszłym roku na tym biegu, zamyka się w 3 złotych zasadach:

1. Woda jest najcenniejszym dobrem jakie posiadam
    - brak wody do rana do Wołosatego, to najgorszy koszmar z mojej zeszłorocznej edycji
    - brak wody do Koliby drugi w kolejności
    - brak wody na Wetlińskiej trzeci...
2. Leżakowanie i spanie przed biegiem powinno nie mieć limitu, zważywszy że start jest o 22:00
    - zamiast spać w zeszłym roku, zajmowałem się oprawą logistyczną, w tym roku zrobię to
      wcześniej
    - nie ma nic gorszego jak samo zamykające się oczy w czasie biegu... choć odbyłem kilka
      całonocnych biegów do tej pory, to pierwszy raz przeżyłem bieg w fazie REM - praktycznie całą
      granicę Ukraińską...
3. Tempo na początku powinno być spokojniejsze niż w zeszłym roku
    - pierwsze 12 km zachęca do biegu dużo poniżej 5 min/km
    - odbija się to później przy podejściu na Fereczatą

Zdjęcie ze strony http://www.biegrzeznika.pl
Po zeszłorocznym biegu mamy 0:1.
Wynikało to może z pychy, może z nieodpowiedniego przygotowania, może z innych nieznanych mi powodów...

Przeczołgało mnie szczególnie w drodze do Wołosatego. Później naprawdę było dobrze i szkoda, że wynik tego nie odzwierciedla.

W tym roku nie może być miękkiej gry...



sobota, 7 maja 2016

HARDASUKA 2016 - historia porażki jeszcze przed startem...


Pierwszy post od pół roku oraz dopiero pierwszy w tym 2016...

Tematów jest dużo, jak: Zamieć 24h sprzed 4 miesięcy, okres kontuzji w lutym i marcu, który wyeliminował mnie z treningów, przygotowania do Rzeźnika Ultra, który odbędzie się już za 2 tygodnie, planach na tegoroczny Bieg 7 Szczytów, planach na Bieg 7 Dolin w Krynicy, planowany start w Łemkowyna 150, czy wreszcie to co mnie boli najbardziej czyli brak udziału w Harda Suka 2016...

Zdjęcie ze strony http://www.hardasuka.pl
A więc od początku...

W zeszłym roku poinformowałem moją żonę o chęci startu w Ultimate Triathlon Challenge Harda Suka 2016.
Zawody są interesującą formą rekreacyjnego spędzenia czasu w Tatrach. Niektórzy mówią, że to najtrudniejszy ultra triathlon świata, jednakże ja wolę ten pierwszy opis i tak go sprzedałem mojej żonie. W świecie wszechogarniającego nas dostępu do informacji, nie dało się oczywiście odciąć żony od poszukiwania informacji na własną rękę i się zaczęło...
4,55 km w poprzek jeziora Orawskiego, 220 km rowerowego odcinka wokół Tatr oraz 55 km Granią Tatr (większość dystansu po trasie Biegu Granią Tatr), spowodowało przerażenie na jej twarzy, oraz słodkie NO WAY! Jako mąż z kilkuletnim stażem zaprawiony w bojach uzyskiwania kompromisów wynegocjowałem, że jeżeli na ZAMIECI w styczniu będę w pierwszej dziesiątce to jadę. Byłem 21. Brakło mi jednego okrążenia. Nocna ulewa spowodowała, że dygotałem jak w febrze, co odbiło się na tempie szczególnie trasy w górę, choć wyniki zbiegów również nie zachwycają na 6 czy 7 okrążeniu... O tym napisze w kolejnym poście.

Teraz zostaje mi trochę się wyżyć na Rzeźniku Ultra (około 140 km, D+6300). Cel jest jeden: dać z siebie wszystko. Próbowałem w zeszłym roku, jednakże zakończyłem na 103 km. W tym roku powinno być zdecydowanie lepiej.

Trasa Rzeźnika Ultra 2016 - Zdjęcie ze strony http://tracedetrail.com/en/trace/trace/7782

środa, 28 października 2015

PROJEKT ZAMIEĆ 24h - edycja 2016

Już za 3 miesiące odbędzie się kolejna edycja zimowego biegu na ultra dystansie na Skrzyczne i z powrotem - Zamieć 24h. Bieg trwa 24h, a cała zabawa polega na pokonaniu jak największej ilości okrążeń w tym właśnie czasie. Każde okrążenie to 13,5 km.

Przygotowania ruszyły już pełną parą i jedynie jakaś kontuzja może spowodować, że nie będę w stanie zrobić tam dobrego wyniku.
Z zeszłej edycji najbardziej żałuję tego, że pomimo 3 i pół godzinnego zapasu, "głowa" nie pozwoliła mi wybiec na kolejne kółko. Decyzja ta, nie daje mi spokoju od niemal roku. Spowodowało to jednak, że tym razem motywacja i samozaparcie jest na tak wysokim poziomie, że na pewno nie będzie "miękkiej gry".

Profil trasy ze strony http://www.geocontext.org/publ/2010/04/profiler/pl/?topo_ha=2014013917537197


Relacja z zeszłego roku tutaj.

środa, 21 października 2015

Bieg 7 dolin 2015 czyli dobicie po Biegu Granią Tatr...

Zdjęcie ze strony www.festiwalbiegowy.pl
11 września dotarłem do Krynicy dość szybko. Miało być rodzinnie, niestety dzieciaki ze względu na stan zdrowia musiały zostać z żoną w domu. Przypadło mi kolejny rok z rzędu nocowanie na stadionie zimowym (zorganizowany nocleg przez organizatora), choć moje plany początkowo były inne. Byłem tam chyba dopiero 10 osobą. Cały stadion zimowy był wolny. Wybrałem miejscówkę, która wydawała mi się najbardziej optymalna (praktycznie wszystkie miejsca były wolne). Zostawiłem plecak, śpiwór i truchtem do biura zawodów się udałem... Rejestracja, pobranie numeru i chipa, spaghetti na mieście na kolację i powrót na stadion w celu spakowania się, odprawy, która tam się miała odbyć o 19.00 oraz drzemki przed startem (start o 3:00 w nocy). Wszystko odbyło się zgodnie z planem, oprócz odprawy (jakaś mega totalna porażka, gdzie nic nie było słychać). Kładąc się spać włączam telefon do podładowania, a tu się okazało, że w tylko w jednym jedynym gniazdku na całym stadionie brak jest prądu i to właśnie u mnie... Skucha. Finalnie udało mi się upchać materac koło gniazdka w innym miejscu.
Start. Pierwsze 22 km w nocy szło gładko, choć w niektórych miejscach mgła była tak gęsta, że raziła mnie moja własna czołówka. 2:30 h na Łabowskiej Hali po 22 km. Rytro na 36 km planowałem trochę szybciej, ale wyszło 4:23 h. Od 30 km kontuzja kolana, która tak naprawdę jest ze mną do dziś... Flexistav Granią Tatr 3 tygodnie wcześniej zebrał swoje żniwo.. Pomimo kontuzji, pod górę nie odczuwałem, aż takiego dyskomfortu, jednakże w okolicy Przehyby moja noga zaczęła drętwieć. Najpierw od kolana w dół, żeby za jakieś 5 km koło Radziejowej na 50 km, drętwienie poszło również w górę... Przehyba na 44 km pomimo bólu w nie najgorszym czasie 6:12 h. Zbieg z Radziejowej do Piwnicznej to mega masakra dla lewej nogi. Ból był tak wielki, że miałem myśli o zakończeniu rywalizacji. Nie byłem w stanie zbiegać na bardziej stromych zboczach. Podbiegi pomimo bólu jakoś ogarniałem. Mniej strome zbiegi również. Odcinek od Radziejowej do Piwnicznej (między 50, a 66 km), pochłonął mi jakieś 3 IBUMPROMY max. Pomimo tego w nie najgorszym czasie dotarłem do Piwnicznej. Czas 9:11 h na 66 km uważam, za całkiem przyzwoity. Chociaż czułem power w nogach, kolano było moim "wąskim gardłem". Tak to się mówi, że jesteś tak silny jak twoje najsłabsze ogniowo. Tego dnia było to lewe kolano. Piwnicza - Wierchomla Mała to około 11 kilometrowa próba oswajania się z mega bólem już bez środków przeciwbólowych i testowanie "nowych technik biegania", które pozwolą mi jak najmniej obciążać bolące miejsce. Nie byłem świadom, że można biegać, aż na tyle sposobów... Pomocne okazało się coś a'la Young Shuffle Cliffa Younga z domieszką utykania na wyprostowanym kolanie. Dało się opanować i Wierchomla Mała na 77 km w czasie 11:31 h. Największy wyciskacz łez tego biegu to ostry zbieg przed drogą leśną prowadzącą już do Bacówki nad Wierchomlą. Po zbiegu, do Bacówki na 88 km, przemieszczając się najszybciej jak mogłem dotarłem po 14:11 h od startu. Najbardziej bolało mnie jednak to, że czułem moc. Ostatnie 12 km do mety to bieg przez zaciśnięte zęby.
Meta w Krynicy 
Pomimo okropnego bólu pokonałem je w 1:40 h (była moc na więcej, ale moje zaciśnięte zęby też mają swoją wytrzymałość). Meta po 100 km, w czasie 15:48 h czyli około 1:12 h przed limitem czasu.

Normalnie z wyniku nie byłbym zadowolony, jednakże w tych okolicznościach z bolącym kolanem cieszę się, że nie zrezygnowałem i walczyłem do końca dając z siebie wszystko. W przyszłym roku rewanż i walka o dużo dużo lepszy czas.