Moje ultra bieganie

niedziela, 8 maja 2016

BIEG RZEŹNIKA ULTRA 2016 - czyli rewanż po roku

Już tylko 13 dni do ponownego startu w Biegu Rzeźnika Ultra.

Zdjęcie ze strony http://www.biegrzeznika.pl
To już mój 2 start w tym młodszym, acz bardziej wymagającym bracie kultowego Biegu Rzeźnika. Bieg Rzeźnika jest o połowę krótszy oraz biega się go w parach. Bieg Rzeźnika Ultra jest sporym wyzwaniem. W zeszłym roku ukończyło go tylko 15 osób co świadczy o sporym poziomie trudności.
Dla ciekawych, moja relacja z zeszłorocznej edycji znajduje się tutaj -> relacja.

Pomimo kontuzji i braku treningu w lutym oraz powrotu do trenowania dopiero w drugiej połowie marca, staję do zadania. Wyobrażam sobie to rozegrać jak Rocky w 15 rundzie wygranego pojedynku z Apollo.

To czego Bieszczady nauczyły mnie w zeszłym roku na tym biegu, zamyka się w 3 złotych zasadach:

1. Woda jest najcenniejszym dobrem jakie posiadam
    - brak wody do rana do Wołosatego, to najgorszy koszmar z mojej zeszłorocznej edycji
    - brak wody do Koliby drugi w kolejności
    - brak wody na Wetlińskiej trzeci...
2. Leżakowanie i spanie przed biegiem powinno nie mieć limitu, zważywszy że start jest o 22:00
    - zamiast spać w zeszłym roku, zajmowałem się oprawą logistyczną, w tym roku zrobię to
      wcześniej
    - nie ma nic gorszego jak samo zamykające się oczy w czasie biegu... choć odbyłem kilka
      całonocnych biegów do tej pory, to pierwszy raz przeżyłem bieg w fazie REM - praktycznie całą
      granicę Ukraińską...
3. Tempo na początku powinno być spokojniejsze niż w zeszłym roku
    - pierwsze 12 km zachęca do biegu dużo poniżej 5 min/km
    - odbija się to później przy podejściu na Fereczatą

Zdjęcie ze strony http://www.biegrzeznika.pl
Po zeszłorocznym biegu mamy 0:1.
Wynikało to może z pychy, może z nieodpowiedniego przygotowania, może z innych nieznanych mi powodów...

Przeczołgało mnie szczególnie w drodze do Wołosatego. Później naprawdę było dobrze i szkoda, że wynik tego nie odzwierciedla.

W tym roku nie może być miękkiej gry...



sobota, 7 maja 2016

HARDASUKA 2016 - historia porażki jeszcze przed startem...


Pierwszy post od pół roku oraz dopiero pierwszy w tym 2016...

Tematów jest dużo, jak: Zamieć 24h sprzed 4 miesięcy, okres kontuzji w lutym i marcu, który wyeliminował mnie z treningów, przygotowania do Rzeźnika Ultra, który odbędzie się już za 2 tygodnie, planach na tegoroczny Bieg 7 Szczytów, planach na Bieg 7 Dolin w Krynicy, planowany start w Łemkowyna 150, czy wreszcie to co mnie boli najbardziej czyli brak udziału w Harda Suka 2016...

Zdjęcie ze strony http://www.hardasuka.pl
A więc od początku...

W zeszłym roku poinformowałem moją żonę o chęci startu w Ultimate Triathlon Challenge Harda Suka 2016.
Zawody są interesującą formą rekreacyjnego spędzenia czasu w Tatrach. Niektórzy mówią, że to najtrudniejszy ultra triathlon świata, jednakże ja wolę ten pierwszy opis i tak go sprzedałem mojej żonie. W świecie wszechogarniającego nas dostępu do informacji, nie dało się oczywiście odciąć żony od poszukiwania informacji na własną rękę i się zaczęło...
4,55 km w poprzek jeziora Orawskiego, 220 km rowerowego odcinka wokół Tatr oraz 55 km Granią Tatr (większość dystansu po trasie Biegu Granią Tatr), spowodowało przerażenie na jej twarzy, oraz słodkie NO WAY! Jako mąż z kilkuletnim stażem zaprawiony w bojach uzyskiwania kompromisów wynegocjowałem, że jeżeli na ZAMIECI w styczniu będę w pierwszej dziesiątce to jadę. Byłem 21. Brakło mi jednego okrążenia. Nocna ulewa spowodowała, że dygotałem jak w febrze, co odbiło się na tempie szczególnie trasy w górę, choć wyniki zbiegów również nie zachwycają na 6 czy 7 okrążeniu... O tym napisze w kolejnym poście.

Teraz zostaje mi trochę się wyżyć na Rzeźniku Ultra (około 140 km, D+6300). Cel jest jeden: dać z siebie wszystko. Próbowałem w zeszłym roku, jednakże zakończyłem na 103 km. W tym roku powinno być zdecydowanie lepiej.

Trasa Rzeźnika Ultra 2016 - Zdjęcie ze strony http://tracedetrail.com/en/trace/trace/7782

środa, 28 października 2015

PROJEKT ZAMIEĆ 24h - edycja 2016

Już za 3 miesiące odbędzie się kolejna edycja zimowego biegu na ultra dystansie na Skrzyczne i z powrotem - Zamieć 24h. Bieg trwa 24h, a cała zabawa polega na pokonaniu jak największej ilości okrążeń w tym właśnie czasie. Każde okrążenie to 13,5 km.

Przygotowania ruszyły już pełną parą i jedynie jakaś kontuzja może spowodować, że nie będę w stanie zrobić tam dobrego wyniku.
Z zeszłej edycji najbardziej żałuję tego, że pomimo 3 i pół godzinnego zapasu, "głowa" nie pozwoliła mi wybiec na kolejne kółko. Decyzja ta, nie daje mi spokoju od niemal roku. Spowodowało to jednak, że tym razem motywacja i samozaparcie jest na tak wysokim poziomie, że na pewno nie będzie "miękkiej gry".

Profil trasy ze strony http://www.geocontext.org/publ/2010/04/profiler/pl/?topo_ha=2014013917537197


Relacja z zeszłego roku tutaj.

środa, 21 października 2015

Bieg 7 dolin 2015 czyli dobicie po Biegu Granią Tatr...

Zdjęcie ze strony www.festiwalbiegowy.pl
11 września dotarłem do Krynicy dość szybko. Miało być rodzinnie, niestety dzieciaki ze względu na stan zdrowia musiały zostać z żoną w domu. Przypadło mi kolejny rok z rzędu nocowanie na stadionie zimowym (zorganizowany nocleg przez organizatora), choć moje plany początkowo były inne. Byłem tam chyba dopiero 10 osobą. Cały stadion zimowy był wolny. Wybrałem miejscówkę, która wydawała mi się najbardziej optymalna (praktycznie wszystkie miejsca były wolne). Zostawiłem plecak, śpiwór i truchtem do biura zawodów się udałem... Rejestracja, pobranie numeru i chipa, spaghetti na mieście na kolację i powrót na stadion w celu spakowania się, odprawy, która tam się miała odbyć o 19.00 oraz drzemki przed startem (start o 3:00 w nocy). Wszystko odbyło się zgodnie z planem, oprócz odprawy (jakaś mega totalna porażka, gdzie nic nie było słychać). Kładąc się spać włączam telefon do podładowania, a tu się okazało, że w tylko w jednym jedynym gniazdku na całym stadionie brak jest prądu i to właśnie u mnie... Skucha. Finalnie udało mi się upchać materac koło gniazdka w innym miejscu.
Start. Pierwsze 22 km w nocy szło gładko, choć w niektórych miejscach mgła była tak gęsta, że raziła mnie moja własna czołówka. 2:30 h na Łabowskiej Hali po 22 km. Rytro na 36 km planowałem trochę szybciej, ale wyszło 4:23 h. Od 30 km kontuzja kolana, która tak naprawdę jest ze mną do dziś... Flexistav Granią Tatr 3 tygodnie wcześniej zebrał swoje żniwo.. Pomimo kontuzji, pod górę nie odczuwałem, aż takiego dyskomfortu, jednakże w okolicy Przehyby moja noga zaczęła drętwieć. Najpierw od kolana w dół, żeby za jakieś 5 km koło Radziejowej na 50 km, drętwienie poszło również w górę... Przehyba na 44 km pomimo bólu w nie najgorszym czasie 6:12 h. Zbieg z Radziejowej do Piwnicznej to mega masakra dla lewej nogi. Ból był tak wielki, że miałem myśli o zakończeniu rywalizacji. Nie byłem w stanie zbiegać na bardziej stromych zboczach. Podbiegi pomimo bólu jakoś ogarniałem. Mniej strome zbiegi również. Odcinek od Radziejowej do Piwnicznej (między 50, a 66 km), pochłonął mi jakieś 3 IBUMPROMY max. Pomimo tego w nie najgorszym czasie dotarłem do Piwnicznej. Czas 9:11 h na 66 km uważam, za całkiem przyzwoity. Chociaż czułem power w nogach, kolano było moim "wąskim gardłem". Tak to się mówi, że jesteś tak silny jak twoje najsłabsze ogniowo. Tego dnia było to lewe kolano. Piwnicza - Wierchomla Mała to około 11 kilometrowa próba oswajania się z mega bólem już bez środków przeciwbólowych i testowanie "nowych technik biegania", które pozwolą mi jak najmniej obciążać bolące miejsce. Nie byłem świadom, że można biegać, aż na tyle sposobów... Pomocne okazało się coś a'la Young Shuffle Cliffa Younga z domieszką utykania na wyprostowanym kolanie. Dało się opanować i Wierchomla Mała na 77 km w czasie 11:31 h. Największy wyciskacz łez tego biegu to ostry zbieg przed drogą leśną prowadzącą już do Bacówki nad Wierchomlą. Po zbiegu, do Bacówki na 88 km, przemieszczając się najszybciej jak mogłem dotarłem po 14:11 h od startu. Najbardziej bolało mnie jednak to, że czułem moc. Ostatnie 12 km do mety to bieg przez zaciśnięte zęby.
Meta w Krynicy 
Pomimo okropnego bólu pokonałem je w 1:40 h (była moc na więcej, ale moje zaciśnięte zęby też mają swoją wytrzymałość). Meta po 100 km, w czasie 15:48 h czyli około 1:12 h przed limitem czasu.

Normalnie z wyniku nie byłbym zadowolony, jednakże w tych okolicznościach z bolącym kolanem cieszę się, że nie zrezygnowałem i walczyłem do końca dając z siebie wszystko. W przyszłym roku rewanż i walka o dużo dużo lepszy czas.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Flexistav Bieg Granią Tatr 2015 - relacja

Meta
Przed wyjazdem do Zakopanego byłem nastawiony bardzo bojowo i buńczucznie. Pierwszy dreszcz niepewności i strachu przeszedł mnie w trakcie odprawy technicznej na kilka godzin przed startem. Powiedziałem wtedy żonie, że najbardziej boję się tego, że nie dam z siebie wszystkiego i będę żałował tego biegu do następnej edycji za dwa lata... Postanowiłem wtedy, że cokolwiek się stanie, chcę mieć poczucie, że dałem z siebie wszystko. Poza tym moi najwięksi fani, moje dzieciaki Asia (2 latka) i Filip (5 lat) czekali na medal co dodatkowo powodowało lekkie ugięcie kolan. Obiecałem im ten medal, a jak mówi mój syn jestem dla nich bohaterem... Jak mógłbym nie dotrzymać słowa...
Pierwsze 26 km przeszło bez większych historii. Grześ (1652 m n.p.m); Rakoń (1876 m n.p.m); Wołowiec (2063 m n.p.m); Jarząbczy Wierch(2115 m n.p.m); Kończysty Wierch (1993 m n.p.m); Starorobociański Wierch (2172 m n.p.m) i zbieg przez Ornak do schroniska. Do Jarząbczego szło dość fajnie, ale przy podejściu na Jarząbczy, zaczęło coś pękać... Starorobociański poczynił dalsze spustoszenie w nogach i w głowie. Pociągnąłem trochę w dół, ale zbiegało się fatalnie. Schronisko na hali Ornak po 5:22:40 nie było tym w co celowałem na początku biegu. Pit stop nie był szybki około 18 minut na uzupełnienie płynów, zjedzenie kilku arbuzów i pomarańczy. Ciastko i bułka do plecaka no i w górę na Czerwone Wierchy.
Profil Flexistav Granią Tatr 2015 - zdjęcie ze strony http://www.graniatatr.pl/trasa.html
Ciemniak (2096 m n.p,m) po około 6,5 km rozbił mnie całkowicie. Najpierw niesamowite słońce, później deszcz, chłód i przechodząca koło grani burza. Mokre kamienie spowodowały spowolnienie w poruszaniu się przez Krzesanicę (2122 m n.p,m) i Małołączniak (2096  m n.p,m) na Kopę Konradzką (2005 m n.p,m). Na Kopie (~35 km biegu) miałem około 8:22 h od startu. Do limitu na Hali Gąsienicowej jeszcze ponad 7 km i Kasprowy (1987 m n.p,m) po drodze... Praktycznie straciłem na chwilę wiarę w zmieszczenie się w limicie (10h od startu), a co dopiero w dobiegnięcie do mety. Zadzwonił telefon... Moja żona spytała jak idzie. Powiedziałem jej, że 35 km, ale nie chciało mi przejść przez gardło że mam kryzys i nie zdążę. Postanowiłem jechać dalej tak jak się da najszybciej.
Mapa Flexistav Granią Tatr 2015 - zdjęcie ze strony http://www.graniatatr.pl/trasa.html
Kiedy dobiegłem do Kasprowego i zobaczyłem na dole zielony dach schroniska Murowaniec wiedziałem, że dam radę. Na zbiegu lekko skręciłem kostkę (chwila rozluźnienia i braku koncentracji), ale adrenalina nie dała mi odczuć bólu do samego końca biegu.
Hala Gąsienicowa w czasie 9:45:19 (niecałe 15 minut przed limitem). Telefon do żony, żeby czekali na Wodogrzmotach Mickiewicza, gdzie mogła w łatwy sposób dotrzeć z dwójką dzieciaków, którzy chcieli mi pokibicować.
W tym momencie najważniejsze dla mnie było sprawić radość dzieciakom i usłyszeć "dawaj tato dawaj".
Wodogrzmoty
Kolejny cel to przeskoczenie Krzyżne (2112  m n.p,m). Dla tych co nie biegli w Flexistav Granią Tatr, nie da się opisać czym jest podejście żółtym szlakiem pod pionową ścianę po 46 km i 11,5 h zawodów. Krzyżne po 5,5 km w 2 h. Następny punkt na Wodogrzmotach za jakieś 8,5 km a czasu zostało niespełna 2 h. Zbieg do doliny 5 stawów nie był łatwy technicznie, a do tego dość śliski. Została godzina do limitu na Wodogrzmotach (14 h od startu), a do mety jeszcze prawie 5,5 km. Jeden z sędziów odcinka przed schroniskiem krzyczy do mnie, że jak będę biegł takim tempem to powinienem zmieścić się w czasie. Dostałem doładowania i zbieg Doliną Roztoki zajął mi mniej niż 40 minut. Na Wodogrzmotach byłem witany przez żonę i dzieciaki na 17 minut przed limitem.
Z synem na mecie
Z córą na mecie
Wiedziałem już, ze cokolwiek się zdarzy to będę na mecie, albo na nogach, albo na kolanach... Ostatni etap to mega kryzysy przy podejściach i napływ energii przy zbiegach. Najpierw przegoniłem grupkę 3 osób pomiędzy Polaną Waksmundzką i Polaną Kopieniec. Później dogoniłem dwójkę z którą biegliśmy do podejścia na przełęcz Kopieniec. Wcześniej minięta trójka dołącza do nas i silną grupą walczymy z mijającym czasem. Zaczyna się podejście pod Nosalową Przełęcz. Już jest ciemno, nie czekam, wychodzę na prowadzenie grupki, biegnę w dół w górę, widzę jakieś czołówki. Nie mam siły, a zostało około 18 minut i 3,5 km do mety. Telefon od żony dzwoni (nie mam czasu odbierać), nie mogę złapać pełnego oddechu, ciemno, nie widać kamieni po których biegnę. Słychać w oddali spikera na stadionie. Wbiegam do Kuźnic i biegnę 4:40 minut/km nie wiem ile jeszcze km, nie widać ronda a czas upływa, jeszcze 5 minut... Widzę biegaczkę przede mną, widzę jak skręca. Ktoś krzyczy że jeszcze 150 m do stadionu. Nie rozglądam się tylko daję ile się da, wyprzedzając ją tuż przed metą. Nie widzę, ale słyszę moje dzieciaki w tłumie.
Wynik 16:57:29 i 2,5 minuty przed limitem.


Biegł był najcięższy w jakim do tej pory biegłem. Wynik miał być lepszy, ale jedno zostanie mi na całe życie, dałem z siebie tego dnia wszystko...